Przejdź do głównej treści
Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły
Twój koszyk jest pusty
Otwórz wyszukiwarkę
Szukaj
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj
Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły
Twój koszyk jest pusty
Otwórz wyszukiwarkę
Szukaj
Zamknij wyszukiwarkę Wyczyść Szukaj

Afera na rynku książki, czyli dlaczego jesteście bohaterami, kupując w Natuli

„Podatek od czytania”? Nie. To próba uporządkowania rynku, na którym od lat wygrywają tylko najwięksi i najsilniejsi, a mali i niezależni, jak Natuli, przegrywają.

Afera na rynku książki, czyli dlaczego jesteście bohaterami, kupując w Natuli

W Natuli od lat przygotowujemy książki dla dzieci i rodziców. Wiemy, ile pracy i pieniędzy stoi za każdą z nich. Dlatego z niepokojem obserwujemy dyskusję o ustawie o ochronie rynku książki, w której jej przeciwnicy, paradoksalnie są to zazwyczaj właśnie ci najwięksi wydawcy i przedstawiciele tzw. duopolu na rynku, próbują przekonać nas, że jednolita cena książki to „podatek od czytania”.

To chwytliwe hasło, ale nie opisuje istoty proponowanych zmian.

Jak jest teraz? Wydawca wydaje książkę, jej cena okładkowa to 69,90 zł. Wydawcy od razu zawyżają cenę okładkową, bo wiedzą, że aby w ogóle sprzedać książkę, muszą dać rabat dystrybutorowi ponad 50% (dodatkowo zapłacić np. za to, że książka stanie na konkretnej półce w sieci księgarni). Od pierwszego dnia czytelnik może kupić tę książkę taniej, np. za 45 zł. I to tak naprawdę jest finalna cena od wydawcy. Wszystkie promocje, od pierwszego dnia, to element wojny cenowej.

W ustawie natomiast chodzi o to, żeby przez pierwsze 12 miesięcy od premiery książka miała tę samą cenę we wszystkich księgarniach. Żeby o przetrwaniu księgarni nie decydowało wyłącznie to, kto może pozwolić sobie na największy rabat (a mogą tylko najwięksi i najsilniejsi). To wydawca decyduje o cenie okładkowej, więc po tej zmianie będzie musiał dopasować ją do tych realiów.

Dzisiejszy system uprzywilejowuje tych, którzy mają największą skalę, kapitał i kontrolę nad dystrybucją

Wyobraźmy sobie małą księgarnię. Właścicielka wybiera książki, zna swoich klientów, potrafi doradzić rodzicom, organizuje spotkania autorskie, zabawy, wspólne czytania i buduje lokalną społeczność. Zamawia książkę w hurtowni, a potem odkrywa, że w dużym sklepie internetowym czytelnik może kupić ten sam tytuł taniej, niż ona sama jest w stanie go kupić. Bo ów „duży gracz” dostaje zdecydowanie większe rabaty kupna, ponieważ… jest duży!

Jak ta mała księgarnia ma tu konkurować? Obniżyć cenę poniżej własnego kosztu? Zrezygnować z zarobku? A może zamknąć księgarnię?

Właśnie tak tracimy niezależne księgarnie i księgarnio-kawiarnie, miejsca, w których chodzi nie tylko o zakupy, ale też o kontakt z literaturą i doświadczenia: pięknego miejsca, innych czytelników, unikalnego klimatu. Możemy oczywiście uznać, że w centrach miast wystarczą banki i apteki, a książki zamówimy w internecie, najlepiej z rabatem 40 procent. Tylko nie udawajmy wtedy, że zależy nam na różnorodnym rynku książki i żywej kulturze czytelniczej.

W Natuli nie chcemy zawyżać cen tylko po to, żeby potem je obniżać

Weźmy naszą książkę „Ważne! Ciąża”. Pracowałyśmy nad nią pięć lat z dwoma autorkami, położnymi Dorotą Fryc i Kasią Oleś (ciekawostka: o łącznym doświadczeniu ponad 70 lat). To kobiety, które miały wpływ na systemowe zmiany w traktowaniu polskich rodzących. Konsultowałyśmy treść tej książki ze specjalistkami od prawa pracy, żywienia i opieki okołoporodowej, także z osobami zaangażowanymi w tworzenie rekomendacji dla polskiego rządu. Ma 520 stron i porusza wszystkie ważne tematy. Jej cena wynosi 79 złotych, a nasza inwestycja w nią będzie zwracać się przez lata.

Mogłybyśmy ustalić cenę okładkową na poziomie 119 złotych, a potem sprzedawać ją za 79 złotych, reklamując „oszczędność” 40 złotych. Tylko po co? Czy książka stałaby się przez to lepsza? Czy autorki zarobiłyby więcej? Czy mała księgarnia mogłaby łatwiej ją sprzedać?

Nie. Zmieniłaby się przede wszystkim opowieść o cenie.

Czytelnik powinien płacić za książkę jej uczciwie ustaloną cenę, a nie uczestniczyć w marketingowym teatrze, w którym najpierw podnosi się poprzeczkę, żeby potem ogłosić spektakularną obniżkę.

Dla nas ważne jest również to, żeby księgarnia, która poleca naszą książkę i inwestuje w jej obecność na półce, nie musiała konkurować z internetem, w którym ten sam egzemplarz jest tańszy niż u niej.

A co z jakością?

Wydanie książki to nie tylko druk i praca autora. To kilka, a u nas nawet kilkanaście osób: prowadzenie publikacji, redakcja językowa, redakcja merytoryczna, pierwsza korekta, druga korekta, ilustracje, recenzje, konsultacje, projekt graficzny, projekt okładki i… ryzyko finansowe. Aż brak oddechu, żeby przeczytać to wyliczenie! Jeśli większość marży pochłania dystrybucja, a sprzedaż zależy od nieustannego obniżania cen, wydawca zaczyna szukać oszczędności tam, gdzie nie powinien: w redakcji, ilustracjach czy czasie przeznaczonym na dopracowanie publikacji. Ten, który sprzedaje, zarabia najwięcej (więcej niż ten, kto napisał i wydał). Widzicie to po jakości książek na rynku? My niestety tak.

W Polsce co roku ukazują się dziesiątki tysięcy tytułów. Według Biblioteki Narodowej w 2024 roku było ich ponad 30 tysięcy. Mamy nadprodukcję książek, a jednocześnie coraz trudniej o uwagę czytelnika. W takim systemie łatwo premiować ilość i szybkość zamiast jakości (i tu cały na biało wjeżdża AI slop w co drugiej kolorowance).

Kultura potrzebuje również tytułów niszowych, odważnych i podejmujących trudne tematy. Takich, które nie muszą być bestsellerami, żeby były potrzebne. Ale ktoś musi mieć możliwość ich wydawania.

Jednolita cena to także szansa na uczciwsze zasady dla autorów

Projekt przewiduje minimalne wynagrodzenia dla autorów i tłumaczy oraz rozwiązania zwiększające przejrzystość danych o sprzedaży. To ważne, bo zestawienia nie zawsze pokazują pełny obraz rynku. Wydawnictwa działające poza największymi kanałami dystrybucji, takie jak Natuli, mogą być w nich niewidoczne, mimo że ich książki znajdują wielu czytelników.

Nie twierdzimy, że ustawa rozwiąże wszystkie problemy. Jej szczegóły można i trzeba dyskutować. Ale sprowadzanie całej sprawy do „podatku od czytania” jest uproszczeniem, które odwraca uwagę od rzeczywistego problemu: zasad konkurencji na rynku książki.

Czytelnikom potrzebne są przystępne cenowo książki. Ale potrzebne są im również niezależne księgarnie, różnorodna oferta i ludzie, którzy znają się na tym, co sprzedają. Autorom potrzebne są uczciwe wynagrodzenia. A wydawcom możliwość inwestowania w jakość, a nie wyłącznie ścigania się na rabaty.

Nie chcemy, żeby o tym, jakie książki trafiają do rąk naszych dzieci, decydowała wyłącznie opłacalność i wysokość rabatu. Chcemy rynku, na którym jest miejsce na dobrą redakcję, przemyślane ilustracje, odważne tematy i książki, których nie da się wyprodukować na skróty.

Nie chcemy rynku, na którym wygrywa najniższa cena, a przegrywają jakość, różnorodność i ludzie, którzy tworzą kulturę. Bo jeśli pozwolimy, żeby zniknęły małe wydawnictwa i księgarnie, straci na tym przede wszystkim polska kultura i polski czytelnik. Zostaną nam książki, które najlepiej sprzedają się w promocji.