W tym przypadku wyraźnie widać, jak skłonność rodziców i opiekunów do nadmiernego dbania o dobrostan dzieci obraca się przeciwko nim. Tam, gdzie unikanie przykrego stanu emocjonalnego stawiane jest na pierwszym miejscu, tam najbardziej grożą konsekwencje w postaci nieumiejętności funkcjonowania w grupie, a nawet pojawienia się depresji. Frustracje i niepowodzenia naturalne w procesie rozwoju są konieczne, by nauczyć się radzić z przeciwnościami losu. Porażka jest niezbędna, by umieć przeżyć smutek i budować swój adekwatny obraz. Nie możemy być we wszystkim najlepsi. A nawet dobrzy. I nie ma w tym nic niepokojącego. Cała sztuka to odkryć w sobie rzeczywiste talenty i umiejętnie je rozwijać. Nie stanie się to, jeśli obraz własnej osoby będzie zafałszowany zawyżoną samooceną. Zaklinanie rzeczywistości w postaci nadmuchiwania wysokiej samooceny obraca się przeciwko nam, bo chcemy za wszelką cenę wyeliminować rozczarowanie sobą. Ten opór przed widzeniem w sobie ograniczeń miał w założeniu przeciwdziałać cierpieniu, a po raz kolejny sprawił, że finalnie cierpienia jest więcej i jest ono dotkliwsze.
W zjawisku, które nazywamy „mitem wysokiej samooceny”, możemy również zaobserwować, jak dramatycznie zmienił się model relacji między rodzicami a dziećmi we współczesnym świecie. Kształtowanie wysokiej samooceny jest rodzajem drogi na skróty. Chodzi bowiem o to, by dziecko czuło się dobrze niezależnie od tego, jakie wyniki osiąga. Dawanie nagród i eliminowanie przykrości wydaje się łatwą i korzystną drogą. Ale to nie osiągane wyniki odpowiadają za dobrostan – jego źródło tkwi gdzie indziej. To przyjęcie dziecka takim, jakie ono jest, z wszystkimi jego predyspozycjami i ograniczeniami. A to oznacza bycie w kontakcie z dzieckiem, kiedy przeżywa ono radości i troski. Słuchanie, widzenie i towarzyszenie mu w jego doświadczaniu życia. Kontakt dotykowy od pierwszych chwil, tak by dziecko mogło poczuć, że żyje i jego istnienie jest przyjęte. To właśnie podczas takiego kontaktu buduje się poczucie własnej wartości. Zawiera ono głębokie przekonanie o znaczeniu własnego życia, o wartości samego siebie. Dzieje się to zarówno wtedy, gdy dziecko cieszy się ze stawiania pierwszych kroków, jak i wtedy, gdy stłucze kolano i przybiega do rodzica, by przyjął jego ból i pozwolił mu uczyć się mieścić go w sobie.
Mit wysokiej samooceny jest przejawem wyrafinowanego oporu przed rzeczywistością. W zamierzeniu miał służyć zmniejszeniu cierpienia, a ostatecznie przysłużył się temu, że kolejne pokolenia wchodzące w dorosłe życie są nieprzygotowane na jego trudy i zawarte w nim przeciwności. Epidemia narcyzmu i depresji w bogatych krajach to dzwonek alarmowy; sygnał, że popełniliśmy błąd. Na szczęście wiemy już, gdzie są jego przyczyny.
ZMIENIAĆ CZY AKCEPTOWAĆ?
Jeśli opór przed rzeczywistością jest źródłem cierpienia, to może najlepiej byłoby, gdybyśmy poddali się temu, co jest, i zrezygnowali z jakichkolwiek prób poprawy sytuacji? Czy zatem każda próba zmiany jest aktem niezgody i sprzeciwu wobec życia?
Fragment książki „Wystarczająco dobre życie”.