Fragment książki "Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów"

17. NIE KUŚ KONKURENCJI

MUSIMY PRZESTAĆ tworzyć warunki sprzyjające zastępowaniu nas przez młodocianą konkurencję – oczywiście pamiętając o tym, że naszym wrogiem nie są rówieśnicy dzieci, ale samo zjawisko ukierunkowania na nich.

Zorientowanie na rówieśników wzięło nas podstępem, tak jak mieszkańcy starożytnej Troi zostali wywiedzeni w pole przez konia trojańskiego. Sądząc, że wielka, drewniana konstrukcja jest darem od bogów, Trojanie wprowadzili ją przez bramy miasta i przyczynili się do własnej zguby. Na tej samej zasadzie dzisiejsi rodzice i nauczyciele postrzegają wczesne i bujne kontakty z rówieśnikami jako korzystne. Zachęcamy do nich, nieświadomi zagrożeń związanych z pozostawieniem tego rodzaju relacji bez nadzoru i opiekuńczego wpływu dorosłych.

Nie odróżniamy koleżeńskich więzów zadzierzgniętych pod świadomym i mądrym kierownictwem starszych od kontaktów rówieśniczych zrodzonych z pustki więzi.
Nieświadomie przyczyniamy się do podkopywania dziecięcego przywiązania do rodziców przez zorientowanie na rówieśników. Jeśli Trojanie dostrzegliby wrażych Greków we wnętrzu chytrego wynalazku, nie daliby się omamić. Dziś stoimy przed podobnym problemem. Konia trojańskiego w postaci więzi rówieśniczych postrzegamy jako dar, a nie zagrożenie, którym jest w istocie.

Nasza niezdolność do przewidzenia opłakanych konsekwencji jest zupełnie zrozumiała, bo pierwsze owoce wyglądają apetycznie i kusząco. Dzieci zorientowane na rówieśników sprawiają początkowo wrażenie bardziej niezależnych, towarzyskich i obytych, a mniej uczepionych spódnicy. Nic dziwnego, że pozwalamy się okpić, zważywszy na nieznajomość rządzących tym zjawiskiem mechanizmów i ceny, jaką na dłuższą metę trzeba zapłacić za ich funkcjonowanie. Jak zatem uniknąć pułapki?

NIE DAJ SIĘ ZWIEŚĆ PIERWSZYM OWOCOM ZORIENTOWANIA NA RÓWIEŚNIKÓW
Łatwość, z jaką dzieci nawiązują kontakty i bawią się ze sobą, na wielu dorosłych sprawia wrażenie samodzielności. Rówieśnicy wydają się najlepszymi opiekunami. Zwłaszcza odkąd starsi nie mogą już liczyć na dziadków, dalszą rodzinę i wspólnotę w zakresie dzielenia się obowiązkami wychowawczymi, koledzy dzieci zdają się być darem z niebios, dającym chwilę oddechu wycieńczonym, znużonym rodzicom i nauczycielom.

Ilu z nas nie czuło w duchu wdzięczności za zaproszenie od szkolnego kolegi, które dało nam trochę wytchnienia w weekend albo czas i miejsce, by zająć się czymś ważnym?
Dzieci wydają się szczęśliwe, a my mamy mniej obowiązków. Nawet nie przypuszczamy, o ile więcej czasu, energii, pieniędzy i rodzicielskich starań będą kosztowały te spotkania w późniejszych latach, jeśli zorientowanie na rówieśników weźmie górę.

W porównaniu z dziećmi polegającymi na dorosłych, te związane z rówieśnikami sprawiają wrażenie mniej potrzebujących i dojrzalszych. Dzieci ukierunkowane na kolegów nie nagabują nas na wspólne robienie czegoś, na angażowanie się w ich przeżycia, wysłuchiwanie ich trosk i pomaganie w rozwiązywaniu problemów.

W świetle dzisiejszego olbrzymiego wzrostu znaczenia niezależności – naszej i dzieci – relacje rówieśnicze mają same plusy. Zapominamy, że dorastanie wymaga czasu.
W postindustrialnej kulturze wszyscy bez przerwy dokądś się spieszymy. Zapewne nie dalibyśmy się omamić przez fałszywe wyobrażenia, gdybyśmy z taką niecierpliwością nie czekali, aż dzieci się usamodzielnią.

Dzieci potrafią rozstać się z nami wcześniej tylko dlatego, że trzymają się siebie nawzajem. Na dłuższą metę najprawdopodobniej ugrzęzną w psychologicznej niedojrzałości. Raczej nie będą potrafiły samodzielnie myśleć, podążać swoją drogą, podejmować decyzji, doszukiwać się własnych sensów i być sobą.

W samozadowoleniu utwierdza nas fakt, że dzieci zorientowane na rówieśników przynajmniej początkowo są zwykle podatniejsze na naukę. Cena tego błędnego mniemania (utrata zdolności do nauki) została omówiona w rozdziale trzynastym. Bliskie kontakty z przyjaciółmi mogą sprawić, że dziecko czasowo bardziej polubi szkołę, co zawdzięczamy zależności między rozłąką a chłonnością umysłu. Szkoła zabiera dzieci z domów, oddziela pociechy od dorosłych, z którymi są blisko związane. W szkole takie dzieci będą miały dotkliwe poczucie dezorientacji i odczują silny lęk wynikający z rozłąki.

Wielu z nas pamięta pierwsze dni edukacji – ucisk w żołądku, zagubienie, niepewność, rozpaczliwe poszukiwanie kogoś albo czegoś znajomego. Dla małych dzieci ta dezorientacja często jest nie do zniesienia, a zrodzony z niej niepokój zakłóca naukę.
Lęk ogłupia, obniża funkcjonalny iloraz inteligencji. Zaniepokojenie wpływa na zdolność do skupiania się i zapamiętywania. Strach utrudnia dostrzeganie wskazówek i wykonywanie poleceń. Zagubione i wylęknione dziecko po prostu nie może się dobrze uczyć.

Dzieci, które już idąc do szkoły, są zorientowane na rówieśników, nie mają takich dylematów. One już od pierwszych dni zerówki będą sprawiały wrażenie bystrzejszych, bardziej pewnych siebie i lepiej przystosowanych do nauki w szkole. Z kolei dziecko przywiązane do rodziców, ze względu na rozkojarzenie wynikające z rozłąki, będzie się wydawało mniej zdolne i pojętne – przynajmniej do chwili, gdy uda mu się nawiązać bliską więź z nauczycielem.

Młodzi zorientowani na rówieśników są w swoim żywiole wszędzie tam, gdzie kolegów jest w bród, a dorosłych jak na lekarstwo.
A ponieważ kumpli jest tak wielu i są na wyciągnięcie ręki, takie dziecko nigdy nie będzie się czuło onieśmielone czy zdezorientowane. Właśnie dlatego na krótką metę więzi rówieśnicze zdają się takim dobrodziejstwem. I bez wątpienia to ten mechanizm rzutuje na wyniki badań dowodzących korzyści z rozpoczynania nauki w młodszym wieku.

Oczywiście w dłuższej perspektywie pożytki dydaktyczne płynące ze zmniejszonego poczucia lęku i zagubienia będą stopniowo znoszone przez uboczne skutki zorientowania na rówieśników. Potwierdzają to wyniki badań, pokazujące nietrwałość zalet edukacji przedszkolnej. Dzieci ukierunkowane na rówieśników idą do szkoły nie po to, by się uczyć, ale żeby pobyć z przyjaciółmi. Jeśli ci przyjaciele nie mają smykałki do nauki, oceny zaczną spadać. Dzieci chodzące do szkoły z myślą o kontaktach towarzyskich mają tendencje do uczenia się tylko na tyle, żeby się nie wyróżniać, ale pozostawać wśród równolatków. Poza tym nauka, jako nieistotna dla relacji rówieśniczych, może być nawet przeszkodą.

Wewnętrzne rozedrganie dopada jednak nawet uczniów ukierunkowanych na kolegów. Ponieważ relacje rówieśnicze są z natury niestabilne, niepokój ten często staje się chroniczny. Dzieci utrzymujące bliskie relacje z przyjaciółmi należą do najbardziej pobudzonych, nie mogą znaleźć sobie miejsca i żyją w nieustannym napięciu.

Grupę zorientowanych na rówieśników dzieci otacza niemal wyczuwalna aura nadpobudliwości. Takim zobojętniałym na subtelniejsze przejawy niepokoju dzieciom pozostają tylko jego fizjologiczne aspekty: impulsywność i nerwowość.
A niepokój, bez względu na to, czy jest odczuwany świadomie, zakłóca proces nauki. Zorientowanie na rówieśników może początkowo przyczyniać się do zdobywania lepszych ocen, jednak w ostatecznym rozrachunku torpeduje szkolne osiągnięcia. W miarę jak dziecko umacnia więzi z rówieśnikami, przepaść między jego inteligencją a dokonaniami pogłębia się. Ten sam czynnik, który na początku zwykle daje dzieciom fory, ostatecznie odbija się czkawką.

Co ciekawe, młodzi kształceni w domach są dziś preferowanymi przez wiele prestiżowych uczelni kandydatami na studia. Według Jona Reidera, odpowiedzialnego za rekrutację na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, wychowankowie domowej edukacji są tak cenieni, bo „przejawiają określone cechy – ambicję, ciekawość i zdolność do brania odpowiedzialności za własne wykształcenie – których szkoły średnie nie wpajają w dostatecznym stopniu”. Innymi słowy, po tradycyjnej zerówce dzieci mogą mieć lepszy start, ale te kształcone w domach lepiej finiszują, bo w naszym systemie oświaty zaniedbaliśmy fundamentalną rolę więzi.

Przedszkole nie stanowi najważniejszego problemu, a domowa edukacja nie jest jedynym wyjściem. Najważniejszy czynnik stanowi mechanizm więzi. Wystawianie dziecka na sytuacje sprzyjające uzależnieniu się od rówieśników nie zdaje egzaminu. Musimy zadbać o to, by nauka szkolna przebiegała w towarzystwie więzi z dorosłymi.

 

NIEŚMIAŁOŚĆ NIE JEST PRZESZKODĄ, ZA JAKĄ JĄ UWAŻAMY

Nieśmiałość postrzegamy zwykle jako wadę i zjawisko, które dzieci powinny naszym zdaniem zwalczać. Ale pod względem rozwojowym nawet ta pozorna ułomność pełni przydatną funkcję. Nieśmiałość jest jednym z przejawów więzi, mającym na celu społeczne odgrodzenie dziecka: zniechęcenie go do nawiązywania kontaktów z osobami spoza sieci bezpiecznych relacji.

Nieśmiałe dziecko jest speszone wśród ludzi, z którymi nie czuje się związane. To normalne, że dzieci zorientowane na dorosłych bywają naiwne w kontaktach towarzyskich i nie zachowują się swobodnie wśród kolegów (przynajmniej w młodszych klasach). Dla odmiany dzieci ukierunkowane na rówieśników wydają się duszami towarzystwa. To ich mocna strona. Zawsze wiedzą, co jest fajne, a co nie, co się nosi i jak się mówi – znaczna część ich inteligencji jest zaangażowana w podpatrywanie sposobu bycia i postępowania kolegów.

Towarzyskość dzieci zorientowanych na rówieśników w dużej mierze wynika z wyzbycia się nieśmiałości, a ściślej rzecz biorąc, ze zwrotu w jej okazywaniu: przy kolegach czują się jak ryby w wodzie, a peszą się w kontaktach z dorosłymi.
Wśród przyjaciół takie dziecko wychodzi ze skorupy, odzyskuje mowę, przejawia większy rezon. Zmiana w osobowości robi takie wrażenie, że jesteśmy skłonni przypisać tę zasługę kontaktom rówieśniczym. Powtarzamy sobie, że tak korzystne skutki nie mogą przecież brać się z czegoś złego! Jednak w dłuższej perspektywie dziecko ukierunkowane na rówieśników nie będzie przejawiało troski o innych i zrozumienia dla uczuć nieznanych osób – cech świadczących o prawdziwej otwartości i kompetencjach społecznych.

Dzieci zorientowane na dorosłych znacznie wolniej wyzbywają się nieśmiałości w otoczeniu rówieśników. Tym, co ostatecznie powinno ją okiełznać, nie jest ukierunkowanie na rówieśników, ale zdolność doświadczania ambiwalentnych uczuć i emocjonalna dojrzałość, będąca źródłem silnego poczucia tożsamości. Najlepszy sposób na radzenie sobie ze wstydliwością polega na pielęgnowaniu ciepłych relacji z dorosłymi, którzy opiekują się dzieckiem i je uczą. Wziąwszy pod uwagę więź, to nie nieśmiałość powinna nas dziś niepokoić, ale jej brak u wielu dzieci.

BRAK WIĘZI JAKO PRZYCZYNA STRESU W PLACÓWKACH OPIEKUŃCZYCH
Obecna sytuacja w sferze opieki dziennej nad dziećmi dobrze pokazuje, jak mimowolnie kusimy konkurencję. Miliony maluchów na całym świecie przynajmniej część dnia (jeśli nie cały) spędzają w pozadomowych żłobkach i przedszkolach. Według niedawnych statystyk większość pracujących matek w Stanach Zjednoczonych ponownie podejmuje pracę przed ukończeniem przez dziecko pierwszego roku życia. Tymczasem korzystanie z opieki dziennej, zwłaszcza w wydaniu amerykańskim, jest obarczone pewnym ryzykiem.

Jak pokazały przeprowadzone ostatnio badania, opieka dzienna jest dla dzieci stresująca. Poziom hormonu stresu (kortyzolu) u dzieci przebywających w takich placówkach jest wyższy niż w domu. Stresujące skutki pobytu w żłobku i przedszkolu są wprost proporcjonalne do nieśmiałości dziecka.
Jak już wiemy, nieśmiałość jest przejawem braku emocjonalnej więzi. Dziecko nie okazywałoby onieśmielenia, gdyby dobrze czuło się w obecności swojego opiekuna. Przy braku ciepłych relacji maluch doświadcza podwójnego stresu, wynikającego z rozłąki z rodzicem oraz z poddawania się woli ludzi, przed którą naturalny instynkt nakazuje się bronić.

Inne badania mówią, że im więcej czasu dzieci w wieku przedszkolnym spędzają ze sobą, tym bardziej są podatne na wpływy rówieśników. Ta zwiększona podatność jest zauważalna już po kilku miesiącach. Chłopcy są bardziej skłonni do orientowania się na rówieśników niż dziewczynki. Spostrzeżenie to pokrywa się z inną często obserwowaną u chłopców cechą – słabszą więzią z rodzicami. W efekcie mają oni większe predyspozycje do zastępowania rodziców przyjaciółmi. Najistotniejszy wniosek z tych badań był taki, że im bardziej chłopcy identyfikują się z rówieśnikami, tym większy opór przejawiają w kontaktach z zajmującymi się nimi dorosłymi.

W placówkach opiekuńczych i przedszkolach zjawisko orientowania się na rówieśników nie tylko zaczyna kiełkować, ale już w piątym roku życia wydaje pierwsze owoce. Jeden z największych przeprowadzonych w tej dziedzinie eksperymentów polegał na obserwowaniu ponad tysiąca dzieci od urodzenia do zerówki.

Im więcej czasu dziecko spędzało w instytucji opiekuńczej, tym większe istniało ryzyko, że będzie przejawiać agresję i nieposłuszeństwo w domu oraz w przedszkolu. Jak już wspomnieliśmy w poprzednich rozdziałach, agresja i nieposłuszeństwo są pokłosiem zorientowania na rówieśników.
Im dłużej dzieci przebywały pod opieką instytucji, tym silniejszą przejawiały przeciwwolę, czego dowodem była kłótliwość, skrytość, droczenie się z opiekunami i krnąbrność. O ich narastającym niezadowoleniu świadczyły napady złości, bicie innych, popychanie, okrucieństwo oraz niszczenie rzeczy. Także w zachowaniach powodowanych więziami dzieci te przejawiały większą przebojowość: chełpiły się, przechwalały, nieustannie mówiły i zabiegały o uwagę, co przy braku zdrowych relacji nie powinno stanowić zaskoczenia.

Inni oglądali też:
Wierszyki świąteczne
Wierszyki świąteczne
40,00 zł
szt.
Jak zrozumieć małe dziecko
Jak zrozumieć małe dziecko
50,00 zł
szt.
Wierszyki na dobranoc
Wierszyki na dobranoc
40,00 zł
szt.
Święta
Święta
35,00 zł
szt.
Montessori. Ćwiczenia dwulatka
Montessori. Ćwiczenia dwulatka
9,99 zł 8,79 zł
Uwaga! Złość
Uwaga! Złość
50,00 zł
szt.
Wierszyki paluszkowe
Wierszyki paluszkowe
40,00 zł
szt.
do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium