Relacje partnerów po ciąży. Fragment książki „Życie seksualne rodziców” - Zosi i Dawida Rzepeckich

0
Związek po ciąży. Fragment książki "Życie seksualne rodziców"

Jak budować długoterminowe związki partnerskie? W jaki sposób budować związek z partnerem (partnerką) "po dziecku". Jak się kochać i być kochaną? Pomyśl o swoim związku i zadaj sobie pytanie: czy chcesz, aby się rozwijał? Pomimo trudności, pomimo natłoku spraw chcesz znaleźć czas na bycie razem i budowanie długoterminowej relacji?

Na te i inne pytania pomogą ci poszukać odpowiedzi Zosia i Dawid Rzepeccy – terapeuci zajmujący się związkami i ich intymnym rozwojem, a prywatnie partnerzy. W książce opowiadają, jak mając dzieci, budować trwałe i szczęśliwe relacje. W swojej praktyce czerpią zarówno z mądrości Wschodu, jak i nowoczesnych form psychoterapii.

Przeczytaj fragment książki Życie seksualne rodziców

 

 


 

Dawid: Czas świeżo po narodzinach dziecka jest dla pary nowym początkiem. Sami muszą zdefiniować nową tożsamość – mama, tata, rodzice. Przechodzą przemianę, zatem siłą rzeczy zmienia się też związek. Czasem poszukiwanie tej rodzicielskiej tożsamości trochę trwa. Czasem wskakujemy w rolę intensywnie, przekonani, że tak to właśnie musi wyglądać. Może się nam wydawać, że nie poznajemy ukochanego/ukochanej, bo na przykład nowa pojawiająca się tożsamość opiekuńczej matki albo zapracowanego ojca przesłania obraz osoby, w której się zakochaliśmy. 

Zosia: Warto wspomnieć o tym, że kiedy pojawia się dziecko, zmienia się dynamika naszej relacji. Do tej pory mogliśmy być jak papużki nierozłączki, a nawet jeśli tak nie było, bo każde dbało również o swoją przestrzeń, to byliśmy tylko we dwoje. Wraz z przyjściem na świat dziecka zmienia się nasz sposób bycia, myślenia, odniesienia z „ja i ty” na „ja, ty i ono”. Pojawia się relacyjny trójkącik. 
Nie ma w tym nic złego, po prostu jest inaczej i tego „inaczej” trzeba się nauczyć.

 


  Kup książkę taniej w pakiecie:

 [product id="24567, 24488, 23324"]


  

Rodzicielstwo najczęściej z impetem wchodzi nam do łóżka

Stajemy się bardziej rodzicami niż partnerami. Bliskość i intymność muszą ustąpić lub poczekać, aż dzieci podrosną. Tak często o tym myślimy… Autorzy książki pokazują, że nie musi tak być. Że bycie w prawdziwie czułym, intymnym związku to nie plan emerytalny! Narodziny dziecka są nowym etapem dla związku, do którego należy się wspólnie przygotować:

Narodziny, zwłaszcza pierwszego dziecka, są przełomem w związku. Jakkolwiek nie czulibyśmy się na owo wydarzenie przygotowani – przez świeżo pomalowany pokoik dla dziecka, uczestnictwo w szkole rodzenia, lekturę stosu książek o ciąży i wychowaniu – to jednak trudno ogrom owego doświadczenia przekazać w jakiejkolwiek formie komuś, kto tego nie przeżył. Dziecko zmienia wszystko.

 

WIELKIE NOWINY

 

Natalia: Czy związek zmienia się już od momentu, w którym dowiadujemy się o ciąży?


Dawid: Można powiedzieć, że dwie kreski na teście inicjują pewien fascynujący proces. To na pewno pierwszy moment przełomu. W naszej świadomości pojawiają się nowe myśli, nowe nadzieje, ale też nowe lęki. Często stajemy twarzą w twarz z nie zawsze branymi wcześniej pod uwagę konsekwencjami bycia w długotrwałym związku.

Natalia: Ale cały czas zakładamy, że jest to para, która tego dziecka chce. Bo czasem – a nawet częściej niż czasem – ciąże nie są planowane. Amerykańska CDC na swojej stronie zamieszcza statystyki, które obrazują, jaki odsetek zarejestrowanych ciąż stanowią wpadki.
W drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata to aż czterdzieści pięć procent.


Dawid: W przypadku pierwszego dziecka, niezależnie, czy rodzice tego chcieli czy nie, jestem przekonany, że sto procent par nie wie, co je czeka…


Natalia: Nie chciałabym, żebyśmy uderzali teraz w ton: „Ciąża? Dzieci? To teraz zobaczycie…”


Zosia: …i wszystko się skończy.

Dawid: No właśnie! Dotykamy ciekawej kwestii, pewnego społecznego przekonania, które jest charakterystyczne dla naszego pokolenia. Z jednej strony nasze dzieci są często starannie planowane. Równie często jednak idzie za tym przekaz: „Dzieci? No to się teraz skończy balowanie, podróże i generalnie wolność, a zacznie się życie na poważnie”.


Natalia: Przedłużamy sobie młodość, korzystamy z życia, nabieramy doświadczeń, w rezultacie zostajemy rodzicami później.


Zosia: Odkładamy ten moment, żeby sobie jeszcze „pożyć”. 

Natalia: Moja mama urodziła mnie w wieku dwudziestu czterech lat. To były lata osiemdziesiąte. Śmiała, się, że na porodówce nazywano ją już „starą pierwiastką”. Tymczasem ja rodziłam swojego pierwszego syna w wieku lat dwudziestu ośmiu i według statystyk jest to idealnie uśredniony wiek, w którym Polka zachodzi w pierwszą ciążę. W mojej sali byłam najmłodszą mamą…

Razem z transformacją lat dziewięćdziesiątych, przyspieszeniem technologicznym zaczęły następować w społeczeństwie ogromne zmiany obyczajowe. Mogę tutaj mówić z perspektywy kobiety z tak zwanej klasy średniej: zanim zdecydowałam się na założenie rodziny, chciałam w życiu coś zrobić, zająć się swoimi pasjami, twórczością, skończyć studia, zdobyć pełną niezależność finansową.


Zosia: I to jest fajne, że dałaś sobie na to czas. Poprzednie pokolenia zakładały rodzinę niemal z automatu tuż po otrzymaniu dowodu
osobistego. W naszym przypadku moment ten następuje znacznie później. Wydłuża się okres wczesnej dorosłości, w której cieszymy
się niezależnością, korzystamy z życia, podróżujemy i realizujemy swoje pasje. 

Natalia: Czterdziestka to nowa dwudziestka.


Dawid: Ale tak jak każda przemiana społeczna, ten proces „wydłużonej młodości” ma swoje blaski i cienie. Z pewnością dobrze jest dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie, na naukę samodzielności, odpowiedzialności, na poszukiwania ciekawych doświadczeń, na eksperymentowanie – również w obrębie relacji. Z drugiej strony jednak mnogość wyborów, dostęp do nich stawiać nas mogą w sytuacji, w której sięgamy nieustannie po coś nowego i ciągle odczuwamy niedosyt. Wspomniałem wcześniej o wolności w trybie nastolatka.


Natalia: Tak. Wolność bez odpowiedzialności.

Dawid: Teraz dodam jeszcze, że niebezpieczne jest też takie założenie, że aby było dobrze, musimy zrobić jeszcze „tylko” tę jedną rzecz, no, może dwie… To w praktyce oznacza, że nigdy nie jest dobrze TERAZ. Jeszcze tylko drugie studia, jeszcze tylko doktorat albo jeszcze tylko stabilna praca, jeszcze tylko kariera, a może najpierw zostanę rentierem. Widzimy to też u osób rozwijających się duchowo. 

Jeszcze kolejny kurs, kolejne warsztaty. Takie myślenie, że wciąż jestem niegotowy, niewystarczający. To świadczy bardziej o nieprzyjęciu samego siebie takim, jakim się jest, niż o rzeczywistych brakach w wykształceniu czy niewystarczających zasobach. Takie przekonania biorą się zwykle z naszego dzieciństwa, na przykład kiedy rodzice się rozstali, a my winę za to wzięliśmy na siebie, albo kiedy byliśmy ofiarami warunkowej miłości rodzica lub rodziców. Jeśli będziesz grzeczny albo przyniesiesz dobre oceny, to mamusia cię pochwali, a jak nie, to zostaniesz emocjonalnie odrzucony. Najczęściej było jeszcze tak, że nawet gdy byliśmy grzeczni czy gdy przynieśliśmy te dobre oceny, to i tak nas nie doceniano. W niektórych domach czwórki nie wystarczały, brak wzorowego zachowania też nie był mile widziany. Wynikało to z podejścia lękowego rodziców, którzy byli pełni obaw, że jak się dziecko pochwali, to ono spocznie na laurach. A tak musi się wciąż starać. I potem to z nami zostaje. Mamy poczucie, że cały czas jesteśmy niewystarczający, nie okej. Nie akceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, wciąż musimy coś
udowadniać. I z tym bagażem wkraczamy w dorosłość. Aż nagle kogoś poznajemy, zakochujemy się.

Rzeczy dzieją się same: decydujemy się na wspólne zamieszkanie, może na małżeństwo. I teraz – dzieci. Fajnie, w sumie to już chcemy je mieć, ale tylko w teorii wiemy, jak to wygląda. W końcu pojawia się ciąża i perspektywa zmiany. Zapala się wielki czerwony neon, który przybiera formę sloganu powtarzanego
do znudzenia przez doświadczonych rodzicielstwem przyjaciół czy członków rodziny: „No to teraz wszystko się skończy, zobaczycie”…


Natalia: Dlaczego się skończy, jak to się skończy? 

Dawid: Skończy się wolność, zaczną się żmudne obowiązki, nieprzespane noce, większe wydatki, częstsze kłótnie, a może rozpad relacji. Tak przynajmniej mówią nam starsi, bardziej doświadczeni znajomi. W pewnym sensie słowa te są prawdą, bo zmiana, którą niesie za sobą powiększenie rodziny, jest bardzo poważna. Jednak tego rodzaju przekonania to na dłuższą metę szkodliwy mit. Powtarzany przez otoczenie i pracujący wewnątrz każdego „stającego się” rodzica, w pewnym momencie może się przeistoczyć w samospełniającą się przepowiednię. Może sprawić, że zaczniemy wręcz oczekiwać negatywnej zmiany i podświadomie do niej dążyć.


Zosia: Bardzo ważna jest świadomość, jakie przekonania na temat dzieci czy bycia rodzicem nosimy w sobie. Z naszej praktyki pamiętam pary, które nie mogły od dłuższego czasu zajść w ciążę. Po rozmowie i zbadaniu tematu docieraliśmy do ich wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądało ich życie, gdy na świecie pojawi się potomek. No i ta przyszłość, delikatnie mówiąc, nie jawiła się nazbyt optymistycznie.
Zdarza się, że w takich sytuacjach sabotujemy to, za czym tak bardzo tęsknimy. Nasze ciało, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, może się zamykać na opcję powiększenia rodziny. Warto wtedy wziąć pod lupę wszystkie jawne i poukrywane przekonania, a potem zobaczyć, co jest nasze, a co mamy w spadku po rodzicach. Co jest realne, a co jest jedynie lękiem. I najważniejsze:
co możemy zrobić, żeby przetransformować te wyobrażenia. Jakimi wspierającymi myślami możemy je zastąpić. Kiedy rozbrajamy z parami taką bombę przekonań, na końcu wzdychają z ulgą, bo widzą, że może być inaczej.
Sama pamiętam, że jako młoda dziewczyna nosiłam na plecach taki tobołek – ciężki od trujących myśli związanych z byciem mamą. Z jednej strony przeczuwałam, że to będzie coś wyjątkowego, a z drugiej czułam zaciskającą się na szyi pętlę. „Muszę solidnie pożyć, zanim wszystko się skończy” – myślałam. Dla mnie najtrudniejsza była wizja rezygnacji ze swojego życia i z własnych pasji. Wydawało mi się, że nie ma możliwości, by połączyć to z opieką nad dziećmi. Smutny i trudny był dla mnie moment, kiedy to sobie uświadomiłam. Wiedziałam, że nie chcę myśleć o moim dziecku jako o problemie, który nie pozwala mi żyć w pełni. A po latach poświęcania się dla jego dobra z frustracją wygarnąć mu: „Wszystko robiłam dla ciebie, a ty tak mi się odwdzięczasz…”, zrzucając jednocześnie odpowiedzialność za niepowodzenia na barki zaskoczonego potomka. Wtedy postanowiłam to zmienić. Ten proces wymagał czasu. Wyjmowałam z tobołka to, co mi nie służyło, i zastępowałam nowymi, karmiącymi mnie przekonaniami. Takimi jak na przykład: „Przyjście dziecka na świat pomaga mi w pełniejszym rozwinięciu skrzydeł i realizacji marzeń. 

Dziecko jest dla mnie wsparciem w odkrywaniu swojej mocy i wyrażaniu jej w życiu. Jestem dla dziecka po to, żeby wesprzeć je na drodze do bycia sobą, a ono inspiruje mnie do tego samego”. Było jeszcze jedno: „Z dzieckiem można bezpiecznie podróżować, a ludzie, których spotykam na drodze, są otwarci i pomocni”. Dokładnie pamiętam moment, kiedy oboje poczuliśmy się na dziecko naprawdę gotowi.
Siedzieliśmy z Dawidem na kanapie przy otwartym balkonie i rozmawialiśmy z naszym dzieckiem. Wtedy wierzyłam już w to, co mówiłam sobie wcześniej – przyjście dziecka na świat to przepiękny moment, impuls do wzrostu, rozwoju siebie oraz rozwoju relacji. Zapraszaliśmy do naszej rodziny nową, małą istotę. Mówiliśmy jej, że świat jest wspaniałym miejscem, pełnym możliwości i wspierających ludzi. 

Są już z nami na świecie nasze dwie córki. Starsza ma siedem lat, a młodsza – cztery. Podróżujemy nawet więcej i spełniamy się w tym, co robiliśmy do tej pory. Paradoksalnie dzieci pomogły nam nauczyć się organizacji czasu, co było bardzo potrzebne w pisaniu książek i rozwijaniu nowych pomysłów. Dziewczynki są wspaniałymi przewodniczkami, potrafią nam pokazać, jak nikt do tej pory tego nie robił, gdzie jeszcze są w nas miejsca do uzdrowienia. A kiedy się śmieją czy rzucają na szyję, to nawet w najpaskudniejsze dni jest to jak doświadczenie wpuszczenia ciepłego światła i rześkiego powietrza do dusznego pomieszczenia. 

Natalia: Tego rodzaju podejście do rodzicielstwa jest pewną nowością, dość charakterystyczną dla naszej generacji. 

Dawid: Trochę tak jest. Żyjemy w epoce świadomego rodzicielstwa. Zapewne prawie każdy z czytelników i czytelniczek tej książki zetknął się z teoriami o wpływie doświadczeń z dzieciństwa na dorosłe życie. Ponadto jeśli mocno wrośliśmy w świat konsumpcyjno-korporacyjny, to lęk przed „zepsuciem dziecka” nakłada się na potrzebę rodzicielskiego sukcesu, mierzonego między innymi sukcesami dorastającego potomstwa. Posiadanie dzieci staje się projektem, a rodzice – kierownikami tego projektu. Nasi rodzice czy dziadkowie mieli inne mity.


Natalia: Jakie?


Dawid: Dzieci stanowiły fundament i pretekst do związku. Na przykład jednym z minionych mitów w czasach naszego dorastania było przekonanie, że gdy w bezdzietnej relacji jest trudno, to „dziecko wszystko naprawi”. Dzieckiem można utrzymać partnera przy sobie, sprawić, że on dorośnie, weźmie odpowiedzialność. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo było to dla wszystkich krzywdzące. Dzieci
stawały się zakładnikami nieszczęśliwych relacji rodziców, rodzice też byli nieszczęśliwi, kiedy to „dla dzieci” utrzymywali na siłę toksyczną relację. Dzisiaj znacznie łatwiej jest rozstać się ze współrodzicem, nie ma sztywnego moralnego zakazu pozostawania z kimś aż do śmierci.


Natalia: Obecnie wahadło przeszło na drugą stronę. Wielu ludzi decyduje się na rozstanie i dzieci nie stanowią tutaj przeszkody.


Dawid: Jeśli projekt rodzina w jakiś sposób szwankuje, to najpierw warto szczerze i uważnie przyjrzeć się problemom. Może wystarczy drobna korekta albo większy remont – choćby warsztaty, terapie indywidualne obojga partnerów czy terapia par. Dobrze jest wyczerpać wszystkie możliwości naprawy sytuacji bez porzucania związku. Czasem jednak dochodzimy do ściany i stwierdzamy, że jak się nie da, to się nie da. Wtedy można dokonać restrukturyzacji.


Natalia: Projekt rodzina z dziećmi to jednak dość poważna sprawa. Członkostwo w klubie rodziców jest wymagające, nie zakłada urlopów, premii, a nawet wynagrodzenia. Raczej multum dodatkowych inwestycji kosztem własnego czasu i zdrowia. Z kapitalistycznego i konsumpcyjnego
punktu widzenia współczesne rodzicielstwo jest proszeniem się o bankructwo! A trzeba pamiętać, że jesteśmy od najmłodszych lat bombardowani przekazami o powinności osiągnięcia sukcesu, o obowiązku bycia szczęśliwym i produktywnym. Jeśli dodamy do tego zmieniający się model rodziny, w którym mężczyzna oprócz człowieka sukcesu jest również zaangażowanym ojcem i czułym partnerem, a kobieta ma dzieci, robi karierę i jeszcze wystrzałowo wygląda, dostajemy jakiś niemożliwy do spełnienia wzorzec. Ja – z własnego doświadczenia – wiem, że coś takiego jest niemożliwe albo możliwe jedynie kosztem utraty zdrowia psychicznego czy fizycznego!


Dawid: Do bycia rodzicem chcemy się przygotować nie tylko materialnie, ale też psychicznie, tak by stworzyć dzieciom jak najlepsze warunki rozwoju. W naszej zadaniowej epoce może stać się to kolejnym punktem na liście wyobrażonego sukcesu.


Natalia: Tyle że rodzicielstwo trudno mierzyć tą samą miarą. To jakby zupełnie odrębna kategoria. Z rynkowego punktu widzenia rzeczywiście wiele się kończy, wiele tracimy. Zyskujemy  przyjemnościowe manko: zobowiązania, lęki, obowiązki, pociążowe kilogramy, hipotekę na większe mieszkanie. Ale w kategoriach uniwersalnych decydujemy się na dzieci, bo to po prostu… nasz pierwotny instynkt.


Zosia: Jeśli jesteśmy w szczerej miłosnej relacji z naszym partnerem, to prędzej czy później na bazie wytworzonej synergii pojawia się potrzeba tworzenia i wspólnego rozwoju. Powiększenie rodziny to często pierwszy instynktowny efekt tej duchowej i psychologicznej potrzeby. I to jest prawda: posiadanie dzieci, cała transformacja i przyjęcie na siebie roli rodzica są pewnym pretekstem do rozwoju – i tego indywidualnego, i tego w parze. Co ważne, jesteśmy przekonani, że przychodzimy na tę piękną planetę nie tylko po to, aby rodzić dzieci. Na tym nasza misja się nie kończy, ale od tego może się zacząć. Możemy z zaskoczeniem odkryć, że rodzicielstwo doprowadziło do przeformułowania naszych celów życia, do poszukiwań indywidualnego spełnienia, ale i uwaga: spełnienia w relacji, naszej wspólnej podróży jako pary. I to wszystko, co jest dalej, przekracza wymiar przekazania genów i przedłużenia gatunku.


Natalia: No dobrze, ale wróćmy do dwóch kresek. „Kochanie, jesteśmy w ciąży…”


Zosia: Tak, teraz często można usłyszeć takie stwierdzenie. Kiedyś ciąża dotyczyła głównie kobiety, a ojciec stawał się tatą, w momencie gdy na świecie pojawiło się już dziecko. W dzisiejszych czasach coraz częściej rodzice są w ciąży oboje. Składa się na to wiele czynników. Wiemy już, jak ważny – zarówno dla rozwoju fizycznego, jak i emocjonalnego dziecka – jest czas, który spędza ono w łonie mamy.
Będąc jeszcze w brzuchu, słyszy i rozpoznaje głosy. Pocieszny tato, mówiący, śpiewający i czytający ciężarnemu brzuchowi, nawiązuje w ten sposób ze swoim dzieckiem pierwszą relację. Dobrze wpływa to również na przyszłą mamę, która widzi zaangażowanie partnera! 

Jeśli rodzice mówią „jesteśmy w ciąży”, może to wskazywać na ich obopólne zaangażowanie i poczucie odpowiedzialności za ten „błogosławiony” stan, który jest wynikiem ich wspólnego działania. 

Myślę, że samo nazwanie tego czasu nie jest jednak kluczowe, bo liczy się tak naprawdę to, co robimy i jakie rzeczywiste wsparcie ma w tym czasie kobieta. Dla mnie od początku było ważne, że Dawid jest nieustannie ze mną, choć praktycznie tylko ja byłam w ciążach z naszymi córkami. Przywołując dziecko na świat, tak też sobie to wyobrażałam – że oboje chcemy brać i bierzemy aktywny udział w tym niezwykłym życiowym projekcie stawania się rodzicem. Łatwiej było mi przechodzić trudne chwile, kiedy czułam, że nie jestem w tym sama, a przeżywanie momentów radości było dla mnie pełniejsze. To jedna z nowoczesnych przemian społecznych w obrębie rodziny i pary, która dotyczy przede wszystkim mężczyzn, ale ma naprawdę pozytywny wpływ na całą rodzinę. Jestem wdzięczna, że żyjemy w takich czasach, bo role „kobiece” i „męskie” nie są już tak sztywne jak kiedyś. W gronie naszych rówieśników nikogo nie dziwi tata współodpowiedzialny za rodzinę, a nie jedynie „pomagający” czy młoda mama podejmująca pracę poza domem dość szybko po narodzinach. 

Dawid: Nowoczesna męskość oznacza na przykład, że mężczyzna zaczyna pozwalać sobie na przeżywanie i okazywanie uczuć: wzruszenia, radości, czułości, troski, ale też lęku, smutku czy wstydu. Stereotypowy facet sprzed pół wieku socjalizowany był do nieokazywania praktycznie… niczego. Płaczący chłopiec, o czym wspominałem już wcześniej, był nazywany – bardzo seksistowsko – babą. Twardziel zachowywał pokerową twarz i błyskawicznie podejmował decyzje. Emocje nie utrudniały mu racjonalnej oceny sytuacji. Wychowywanie chłopców w tego rodzaju wojskowym reżimie uczuć sprawiało, że sfera emocji i relacji potrafiła być dla nich ogromną trudnością. Nie mieli z własnymi emocjami kontaktu. A jeśli nie ma się z nimi kontaktu, to niełatwo stworzyć bliską relację. 

Natalia: Całe szczęście, współczesny mężczyzna ma już prawo być wrażliwym, czułym ojcem i nikt go za to nie bije rózgą!

 

 Więcej przeczytasz w naszej książce „Życie seksualne rodziców”:

 [product id="22734, 24567"]

 


Poznaj nasze książeczki Niuniuś - o emocjach małego dziecka:

[product id="23455, 23512, 23528, 24390, 24392, 23591, 23455, 23692, 24390, 24392, " slider="true"]

Poznaj naszą Serię Rodzicielską – tworząc ją myśleliśmy o tym, czego najbardziej potrzebują rodzice.

[product category_id="513" slider="true" onlyAvailable="true"]
Wydajemy też barrrdzo niegrzeczne książki dla dzieci:
[product category_id="516" slider="true" onlyAvailable="true"]
Oraz książki dla najmłodszych:
[product id="23295, 23296, 24392"]

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium