Książka "Konflikty w rodzinie" to zbiór praktycznych narzędzi do rozwiązywania sporów, efektywnej komunikacji w rodzinie, związku czy szkole.
Dzieci kłócące się o zabawkę, rodzice kłócący się o dzieci, nieporozumienia z sąsiadem, babcią, szefem. Konflikty stanowią nieodłączną część naszego rodzinnego życia! Próby ich wyeliminowania to utopia, szkoda na to czasu. Zamiast unikać konfliktów lub w nich tkwić, wraz z dziećmi nauczmy się je rozwiązywać. Dlaczego nie prosimy o to, czego chcemy? Skoro mówienie o tym, czego chcemy, wszystko ułatwia, to dlaczego tego nie robimy?
Przeczytaj fragment książki „Konflikty w rodzinie”
Kup książkę taniej w pakiecie:
[product id="25233, 27930, 20904"]
Dlaczego nie prosimy o to, czego chcemy
Skoro mówienie o tym, czego chcemy, wszystko ułatwia, to dlaczego tego nie robimy? Dlaczego wolimy powiedzieć: „Przypomnisz mi, po co wydałeś tysiąc trzysta złotych na ten rower stacjonarny, który stoi w salonie?”, „Wiadomo, że to ja zabiorę im picie, rzeczy na zmianę, ulubioną maskotkę i przekąski”, „I tak na pewno będziesz miał mecz w telewizji”, „Chciałabym nie musieć cię prosić” lub po prostu: „Domyśl się” wraz z niewypowiedzianym: „I lepiej, żebyś się nie pomylił”?
Jak do tego doszło, że nie mówimy o tym, czego potrzebujemy?
Jeden powód to nasz schemat działania, którego celem jest unikanie bólu. Jeśli mama lub tata na coś się nie zgodzili, czegoś zabronili lub czegoś nam nie dali – spowodowało to w nas ból psychiczny.
Kolejny powód to rodzice, którzy „wiedzą lepiej”. Wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre, wiedzą lepiej, co chcemy, a czego nie chcemy, wiedzą lepiej, jak się czujemy, czy nas boli czy nie, wiedzą lepiej, że „to nie jest powód do płaczu”. Konfrontując się tak często z tym, że dorośli „wiedzą lepiej” na nasz temat, tracimy zaufanie do swojego czucia i rozpoznania swoich potrzeb. Do samych siebie. I do tego, że nasze potrzeby zostaną uwzględnione. Ponieważ żyjemy w systemie, społeczeństwie, uczymy się od innych reakcji, a także braku reakcji. Skoro oni mówią, że tak jest, to musi tak być. Jako czterolatki nie skanujemy z uważnością naszego ciała, żeby sprawdzić, czy są w nim jakieś napięcia, nie myślimy o tym, by pooddychać głęboko i się opanować. Gdy w wieku pięciu lat chcemy uniknąć trudności związanych z konfliktem, robimy to, o co rodzice nas proszą, albo przyznajemy im rację, zamiast pozwolić sobie na sesję jogi. Przyjmujemy, że jest tak, jak mówią, i gdy nie mamy przy sobie opiekunów, którzy zwracają uwagę na to, co czujemy i czego potrzebujemy, możemy wylądować w nieumiejętności rozpoznawania własnych emocji, bez dostępu do swoich potrzeb.
Jak z tego wybrnąć?
Przede wszystkim dzięki rozpoznaniu, czego potrzebujemy, z czym jest nam trudno. Następnie warto się zastanowić, co możemy zrobić, by sobie pomóc. Wyrażając to wobec innych, potrzebujemy „aktu odwagi”, „aktu wiary”. Skoro wychodzimy z dzieciństwa z obciążającym schematem, że nasze potrzeby nie są ważne i nie będą zaspokajane, trudno nam mówić o nich wprost. Im cięższy mamy bagaż złych doświadczeń, tym trudniej nam zaryzykować mówienie o tym, czego potrzebujemy. Powiemy: „Oczywiście, że mogę pojechać tam sama, zawsze jeżdżę sama” zamiast: „Kochanie, potrzebuję wsparcia i towarzyszenia”. Dzieci mogą powiedzieć: „Bo ty ze mną nigdzie nie jeździsz” zamiast: „Chcę pobyć tylko z tobą i żebyś powiedział: «Pojedźmy na basen tylko we dwoje»”. Zacznijmy mówić wprost, na czym nam zależy. Zacznijmy prosić o to, czego chcemy (a nie mówić o tym, czego nie chcemy) – dzięki temu zwiększymy nasze szanse na bycie usłyszaną/ym, na spełnienie naszej prośby i na to, że nasze dzieci powiedzą kiedyś: „Mamo, chcę dokończyć bajkę” albo: „Tato, chcę, żebyś poszedł ze mną na plac zabaw”.
Sprawdźmy, czy wypowiadając się, nie jesteśmy w przeszłości, którą projektujemy na przyszłość. A może sami pielęgnujemy krzywdy i działamy według zasady „To teraz ja się nie zgodzę”? (chodzi o wyrównanie, współdzielenie bólu). Takie działanie wydaje się normą. Pomyślmy, jak byśmy zareagowali, słysząc u dzieci: „Nie, nie dam ci czerwonej ciastoliny, bo kiedyś nie zapytałeś, czy pójdę z tobą w parze” lub u dorosłych: „Nie pojadę do twoich rodziców, bo trzy lata temu nie zapytałeś mnie o to, jak chciałabym spędzić święta”.
O – OTWIERAM PRZESTRZEŃ NA ROZWIĄZANIA
Choć powtarzanie i szukanie własnych potrzeb może być wyzwaniem, to jest nic w porównaniu z powstrzymywaniem się od dawania gotowych rozwiązań, „świetnych” pomysłów i nieproszonych rad. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do tego, żeby pomagać, i to pomagać natychmiast, że wydaje nam się, iż powiedzenie dziecku, co ma robić, w jaki sposób i kiedy, jest nawet nie tyle naturalne, ile konieczne. Zachęcam, by zmienić „rozwiązywanie konfliktów” na „towarzyszenie w rozwiązywaniu konfliktów” – czyli zamiast mówić: „Teraz ty to, a ty tamto”, otwórzmy się na inną perspektywę.
Zapytajmy:
• „To co możecie zrobić, żebyście oboje byli zadowoleni?”
• „Jakie macie pomysły, by każda z was dostała to, na czym jej zależy?”
• „Co można wymyślić, gdy mamy jeden komputer, by Krzyś zdążył zrobić dziś prezentację o Saturnie, a Ada obejrzała film o krokodylu?”
• „Co można zrobić, by pobiegać i nie biegać po korytarzu?”
• „Jakie masz pomysły na to, by twój strój do WF-u był ciepły?”
Zadając pytanie o pomysły, rozwiązania i strategie, zapraszamy dzieci do myślenia, korzystania ze swoich zasobów, z kreatywności, zapraszamy je do samodzielności w rozwiązywaniu sytuacji konfliktowych. Pokazujemy im, że mają wystarczający potencjał, by samemu poradzić sobie z wyzwaniami. Dzięki temu czują, że w nie wierzymy, a do tego zabezpieczamy ich olbrzymią potrzebę autonomii, decydowania o sobie. Ponadto chętniej podejmują działania, które same wymyśliły. Przejmują odpowiedzialność za skuteczność wymyślonego rozwiązania. Czy nie brzmi to fantastycznie? Nawet jeśli te rozwiązania mogą nam się wydawać nierealistyczne czy niedoskonałe. Celem towarzyszenia dzieciom w sytuacjach konfliktowych jest to, byśmy mogli się łatwiej dogadać, a także to, żeby im było łatwo i żeby czuły się pewnie w sytuacjach sporu z rówieśnikami i dorosłymi. Oczywiście i nam jest wtedy lepiej, bo nie wydatkujemy masy energii na produkowanie pomysłów, które „i tak się nie spodobają”, ale ostatecznie chodzi o usamodzielnienie się dzieci w takich momentach i o społeczną zmianę w podejściu do konfliktu.
Dzieci pozbawione autonomii mogą rekompensować to do końca życia, zabiegając o prawo do decydowania w każdej sytuacji. Przykładem ekstremalnego samostanowienia o sobie jest moja ciocia, która w dzieciństwie przeszła przez kilka rodzin, podporządkowując się ich regułom. Gdy pewnego razu jej mąż, kiedy dojeżdżali na docelowy przystanek, powiedział: „Bożenko, wysiadamy”, odpowiedziała: „Nie będziesz mi mówił, co mam robić”, i pojechali o jeden przystanek dalej. Jeśli nie chcemy, by nasze dzieci, nienakarmione możliwością wyboru i wiarą w siebie, całe życie rekompensowały sobie brak autonomii z dzieciństwa, stwórzmy im przestrzeń do decydowania.
Może też być tak, że dzieci, którym jest mówione, jak ma być, przyjmują to jako jedyny i prawdziwy obraz świata i gdy dorosną, ktoś za nie będzie decydował o tym, do jakiej pracy mają iść, czego się nauczyć, dokąd pojechać na wakacje, jak karmić piersią, gdzie postawić w domu telewizor, jak wychowywać dzieci i w co ubrać się do trumny. Czy na pewno chcecie tego dla swoich dzieci? A może wolicie, żeby umiały same decydować o tym, co jest dla nich ważne i jak o to zadbać, biorąc pod uwagę innych?
Powtarzajmy każdy pomysł
Dziecko może się narażać na krytykę nie tylko ze strony dorosłych, ale też innych dzieci. To, w jaki sposób na to zareagujemy, ma kolosalne znaczenie. Ważne, byśmy każdy, nawet najdrobniejszy pomysł wypowiedziany przez dziecko powtórzyli lub sparafrazowali. Dlaczego? Aby pokazać, że słyszymy ten pomysł, jest on dla nas ważny i traktujemy go serio. Sprawia to, że dziecko czuje się pewniejsze. Nawet jeśli pomysł wydaje nam się nietrafiony, nierealny, niemożliwy – powtarzamy go.
Gdy dziecko powie: „Można wylać na strój do WF-u herbatę”, powiedzmy: „Ach, masz taki pomysł, że można wylać herbatę, faktycznie, przez chwilę będzie ciepły. Natomiast strój będzie mokry. Co jeszcze można wymyślić?”. Jeśli inne dzieci zareagują komentarzem: „Ale głupi pomysł”, możemy powiedzieć: „Ten pomysł nie jest głupi, tylko tobie się nie podoba”.
Pobawmy się w szukanie rozwiązań
Dobrym sposobem wprowadzenia mediacji w domu, przedszkolu lub szkole jest przygotowanie do tego dzieci, gdy nie są w konflikcie. Wieczorem przy kolacji, na lekcjach wychowawczych czy np. w kręgu powitalnym w przedszkolu opowiedzmy o metodzie SNO, przedstawmy ją jako sytuację, w której dwie strony (lub więcej) najpierw słuchają, co jest dla każdej z nich ważne, a potem powtarzają, co usłyszały, i wspólnie szukają rozwiązań, co można zrobić, by zadbać o wszystkich.
W wielu klasach jest stolik mediacyjny z krokami SNO naklejonymi na blat. Na początku uczniowie prosili nauczycielkę, by towarzyszyła im w mediacjach, a w następnych miesiącach prosili siebie nawzajem. A co robią nauczyciele, w czasie gdy dzieci mediują?
Mam nadzieję, że pijecie kawę, świętujecie i przybijacie sobie piątkę!
W rodzinie lub w szkole możemy spisywać kolejne sytuacje konfliktowe, tak by stworzyć z nich listę afer – będzie ona dobrym materiałem do ćwiczeń w szukanie rozwiązań. Na posiedzeniu rodzinnym czy godzinie wychowawczej znajdźcie przynajmniej cztery rozwiązania każdej sprawy.
„Co można zrobić, gdy”…
• oboje chcecie siedzieć na tym samym miejscu przy stole?
• chcecie zagrać w dwie różne gry?
• obie chcecie pierwsze iść się kąpać?
• jedna osoba chce jechać do babci, a druga nie?
• chcecie się dalej bawić, a po koleżankę przyszła już mama?
• jest się głodnym, a na wycieczce jest tylko to, czego się nie lubi?
• jedna osoba chce zostać na placu zabaw, a druga wracać do domu?
• jedna osoba chce puszczać muzykę, a druga chce, żeby było cicho?
• część klasy chce zostać na dużej przerwie w klasie i grać w planszówki, a część chce iść na boisko?
• chłopiec chce grać na przerwie, ale inni chłopcy ze starszych klas nie chcą z nim grać, bo według nich jest za słaby?
• macie pracować w parach, a jest was nieparzyście?
• Hania i Jaś bardzo się lubią i siedzą ze sobą w ławce, a inne dzieci mówią do nich „zakochana para”, lecz ani Hani, ani
Jasiowi się to nie podoba?
• jadąc na wycieczkę, ponad połowa klasy chce siedzieć na tylnych siedzeniach w autokarze? „A co zrobiliby dorośli?” – gdy zadajemy dzieciom to pytanie, przenosi ich ono do „bezpiecznej roli”, nie dzielą się swoimi pomysłami, tylko tym, co według nich wymyśliliby dorośli, wchodzą więc w zabawę. Krytyka przestaje obowiązywać, bo „mówią jak dorośli”.
Więcej przeczytasz w naszej książce „Konflikty w rodzinie”:
[product id="23270, 24201, 23362"]
Poznaj nasze książeczki Niuniuś - o emocjach małego dziecka:
[product id="23455, 25343, 25388, 23512, 23528, 24390, 24392, 23591, 23455, 23692, 24390, 24392, " slider="true"]
Poznaj naszą Serię Rodzicielską – tworząc ją myśleliśmy o tym, czego najbardziej potrzebują rodzice.