Fragment książki "W głębi kontinuum"

O POSTAWIE PRZYZWALAJĄCEJ – DZIECKO JAKO PĘPEK ŚWIATA

Rodzice, których cały dzień obraca się wokół spraw opieki nad dzieckiem, są nie tylko zmęczeni i męczący dla innych, ale i opieka, jaką swym dzieciom zapewniają, przeważnie im szkodzi.

Niemowlę oczekuje, że będzie się znajdować w centrum życia aktywnej osoby, w stałym fizycznym kontakcie, obserwując rzeczy i czynności, jakich samo w życiu doświadczy. Kiedy trzyma sieje na rękach, jest bierne, wszystkie zmysły ma nastawione na obserwację. Cieszy się, gdy dorosły poświęci mu od czasu do czasu bezpośrednią uwagę, całuje je, łaskocze, podrzuca itp. Głównym jego zajęciem jest jednak obserwowanie działań, interakcji i otoczenia swego opiekuna, osoby dorosłej lub starszego dziecka.

Informacje, jakie przyswaja, przygotowują je do zajęcia miejsca w społeczności, pomagają zrozumieć, czym zajmują się bliscy ludzie.
Jeśli to przemożne pragnienie zakłócisz – patrząc pytająco na dziecko, które pytająco patrzy na ciebie – budzi się w maleństwie ogromną frustrację i paraliżuje psychikę. Oczekiwanie dziecka zostaje oszukane, chce ono bowiem być czymś marginalnym w stosunku do silnej, zajętej swoimi sprawami osoby zajmującej centralną pozycję, a tymczasem widzi ją wygłodniałą emocjonalnie, służalczą, spodziewającą się jego akceptacji. Dziecko będzie nadawać coraz mocniejsze sygnały, ale nie po to, żeby skupić na sobie więcej uwagi.

Domaga się zapewnienia mu odpowiedniego rodzaju doświadczenia. Wiele jego frustracji wynika z faktu, że sygnały te (świadczące, że coś jest nie w porządku) nie są w stanie poprawić sytuacji.
Najbardziej poirytowane i niegrzeczne dzieci poprzez aspołeczne zachowanie wyrażają w istocie błaganie, żeby im pokazać, jak należałoby zachowywać się we właściwy, pożądany społecznie sposób. Postawa przyzwalająca (permisywna) pozbawia je możliwości poznania życia skoncentrowanego na sprawach osób dorosłych, wśród których mogą znaleźć poszukiwane przez siebie miejsce w hierarchii mniejszych i większych doświadczeń, gdzie ich oczekiwane działania są akceptowane, niepożądane odrzucane, ale one zawsze akceptację znajdują.

Dzieci muszą wiedzieć, że są z założenia traktowane jako istoty z natury społeczne, o dobrych intencjach, próbujące postępować właściwie; chcą, żeby dorośli reagowali w odpowiedzialny sposób, dając im odpowiednie wskazówki.
Dziecko potrzebuje informacji o tym, co się robi, a czego nie. Jeśli na przykład zbije talerz, należy mu okazać uczucie gniewu lub przykrości z powodu aktu zniszczenia, ale nie wolno podważać w nim poczucia własnej wartości, bo przecież ono samo też się gniewa albo jest mu przykro, że talerz wyślizgnął się z rączek i że nie potrafiło być dość ostrożne.

Jeśli przyzwalający rodzice nie rozróżniają czynów pożądanych i niepożądanych, dziecko zachowuje się często coraz bardziej nachalnie i niszczycielsko, chcąc ich zmusić do wejścia we właściwą rolę. Kiedy rodzice są już u granic wytrzymałości, mogą wylać tłumiony gniew na samo dziecko, mówiąc na przykład, że mają go dosyć i żeby zniknęło im z oczu. Dziecko otrzymuje wtedy następujący komunikat: całe moje poprzednie zachowanie, jakie tolerowali, było w gruncie rzeczy złe, skrywali dotąd prawdziwe uczucia, a mój niepoprawnie podły charakter sprawił, że w końcu przestali udawać. Gra taka odbywa się w wielu domach.

Dzieci dochodzą do przekonania, że oczekuje się od nich stopniowania niepożądanych zachowań do najdalszych granic, aż wreszcie grom uderza i jasno się im oznajmia, że są nieakceptowane.
W skrajnych przypadkach zaślepienia, niemocy wskazania swoim kochanym maleństwom należytego i złego postępowania, dzieci są bliskie szaleństwa z frustracji. Buntują się przy każdym kolejnym pytaniu: „chciałbyś to mieć?”, „czy nie zrobiłbyś tego?”, „co chciałbyś zjeść, w co się ubrać?”, „co chciałbyś, żeby mamusia zrobiła?”

Znam śliczną dwu i półroczną dziewczynkę, którą właśnie tak traktowano. Nigdy się nie uśmiechała. Kiedy rodzice, przymilając się, proponowali cokolwiek, co mogłoby jej sprawić przyjemność, reagowała chmurnym spojrzeniem i upartym powtarzaniem: „nie!”. Po takich jej reakcjach rodzice jeszcze bardziej się płaszczyli, i tak ciągnęła się ta żałosna gra. Małej nie udało się ani razu skłonić ich do przedstawienia jakiegokolwiek przykładu, z którego mogłaby się czegoś nauczyć. Wciąż oglądali się na nią, chcąc od niej czerpać wskazówki. Daliby jej wszystko, czego zapragnęła, nie mogąc pojąć, że tak naprawdę chciałaby, aby żyli własnym, dorosłym życiem, w którym miałaby swoje miejsce.

Dzieci wydatkują mnóstwo energii, próbując zwrócić na siebie uwagę, nie dlatego, że tej uwagi potrzebują. Sygnalizują, że to, co się z nimi dzieje, jest nie do przyjęcia i usiłują dać opiekunowi do zrozumienia, żeby tę sytuację naprawił.
Impuls, który przez całe życie każe się starać o zwracanie na siebie uwagi, jest po prostu dalszym ciągiem nieudanych zabiegów sfrustrowanego dziecka, pragnącego znaleźć się na pierwszym miejscu. W końcu dążenie to staje się celem samym w sobie, rodzajem przymusowego konfliktu woli. Taka forma rodzicielskiej uwagi, która wywołuje coraz więcej sygnałów, jest więc z całą pewnością nieodpowiednia. Sama logika nie pozwala wierzyć, żeby w normalnym toku ewolucji mógł się pojawić gatunek, którego cechą jest doprowadzanie milionów rodziców do szału.

Spójrzmy na Trzeci Świat, gdzie ludzie nie zaznali wątpliwego przywileju utraty kontinuum i nie zostali oduczeni rozumienia własnych dzieci i ufania im, a zobaczymy rodziny żyjące w stanie pokoju, w których każde dziecko w wieku powyżej czterech lat jest chętnym i pożytecznym pomocnikiem uzupełniającym rodzinny potencjał siły roboczej.

 

ROZDZIAŁ TRZECI
POCZĄTEK ŻYCIA
Znajdując się w macicy, mała ludzka istota ma jeszcze możliwość kontynuowania prostej linii wiodącej poprzez rozwojowe stadia jej przodków, począwszy od pojedynczej komórki, poprzez gady, aż do gotowego do urodzenia się Homo sapiens.

Nie doświadcza na ogół żadnych nowych rzeczy, do których nie przygotowałoby jej doświadczenie przodków w prenatalnej fazie życia. Jest odżywiana, ma zapewnione ciepło, odbiera takie same bodźce ruchowe, jak embriony prehistorycznych łowców i zbieraczy. Słyszy też podobne dźwięki, jakie one słyszały, chyba że matka mieszka pod trasą samolotów ponaddźwiękowych, chodzi na głośne dyskoteki albo prowadzi ciężarówkę. Słyszy bicie serca matki, głosy innych ludzi i zwierząt. Słyszy dźwięki wydawane przez matczyne ciało: odgłosy trawienia, chrapanie, śmiech, śpiew, kaszel i tak dalej, i nie przeszkadza jej to, bo proces przystosowawczy uwzględniał te odgłosy w ciągu milionów lat, podczas których jej przodkowie słyszeli podobne dźwięki, o takim samym natężeniu i tak samo niespodziewane.

Dzięki ich doświadczeniu, nasza istota spodziewa się tych odgłosów, szturchnięć i nagłych ruchów, stanowią one część doświadczeń wymagających dopełnienia prenatalnego stadium rozwoju.
W momencie narodzin dziecko zdążyło już wystarczająco się rozwinąć w swym bezpiecznym schronieniu, żeby pojawić się i żyć dalej w znacznie mniej przytulnym świecie zewnętrznym. Szok łagodzony jest częściowo przez takie mechanizmy, jak wysoki poziom gamma globulin chroniący przed infekcją, który spada na tyle powoli, żeby zapoczątkować rozwój systemu odpornościowego.

Mechanizmem obronnym jest też częściowa ślepota, która stopniowo ustępuje miejsca pełnemu widzeniu, kiedy minie już szok porodowy. Jest nim również ogólny program rozwoju, który jedne elementy struktury organizmu, jak refleks, system krążenia i słuch uruchamia przed urodzeniem, a inne w ciągu następnych dni, tygodni lub miesięcy, w tym stopniowo włączające się do życia części mózgu.

W samym momencie narodzin zmienia się radykalnie najbliższe otoczenie dziecka, z wilgotnego na suche, następuje przejecie do niższej temperatury, dźwięki nagle przestają być przytłumione, dziecko – by uzupełnić zapas tlenu – przestawia się na samodzielne oddychanie, zmienia się jego położenie – z pozycji głową w dół do pozycji głową na równi z poziomem ciała albo wyżej od niego.

Nowonarodzone dziecko potrafi jednak ze zdumiewającym spokojem znieść te i inne sensacje towarzyszące naturalnemu porodowi.
Własny krzyk go nie zaskakuje, choć wypełnia mu główkę, jest bardzo głośny i nie słyszany nigdy dotąd. Powstał jednak wcześniej, stworzony przez czynniki formujące jego ciało, które wytworzyły u niego zdolność odczuwania strachu i odróżniania tego, co straszne, od tego, co normalne.

Kiedy u jego przodków rozwinął się głos, powstał też cały system stabilizatorów, dostosowujących jego powstanie do ówczesnego stadium kontinuum danego gatunku. Gdy wraz z ewolucją gatunku głos się rozwijał i przybierał różnorodne formy, odpowiednio do większej złożoności organizmu rozwijało się też coraz więcej mechanizmów mających utrzymać równowagę między głosem a jaźnią, i społecznością, w której miał być używany.

Dostroiły się do niego uszy, dostroiły się reakcje, a w schemacie oczekiwań nowonarodzonego dziecka istniał już dźwięk tego głosu, jako jedna z „niespodzianek” związanych z pierwszymi doświadczeniami po wyjściu z macicy.

W najwcześniejszych stadiach po urodzeniu stan świadomości dziecka równoznaczny jest z odczuwaniem. Nie posiada ono zdolności myślenia w sensie rozumowania, świadomej pamięci, refleksji czy osądu.
Nie można też stwierdzić, że jest świadome w takim stopniu, jak odczuwające. Kiedy śpi, czuje, że jest mu dobrze w taki mniej więcej sposób, jak dorosły, który dzieli z kimś łoże i zdaje sobie sprawę z obecności lub braku partnera. Na jawie świadome jest swej kondycji o wiele bardziej. Taka forma bytu u dorosłego zostałaby określona mianem podświadomej. W każdym z tych stanów jest bardziej niż dorosły podatne na urazy związane z tym, czego doświadcza, ponieważ nie ma precedensu, według którego mogłoby swoje ważenia zakwalifikować.

Brak poczucia upływu czasu nie szkodzi dziecku w macicy czy na ręku – czuje się ono po prostu dobrze.
Dla dziecka nietrzymanego na ręku niemożność złagodzenia przy pomocy nadziei (związanej z poczuciem czasu) niedogodności, jakich doświadcza, jest najokrutniejszą próbą. Jego płacz nie może więc zawierać w sobie nawet elementu nadziei, chociaż działa jako sygnał mający sprowadzić ulgę. Potem, z upływem tygodni i miesięcy, z rozwojem świadomości dziecka, nadzieja zaczyna być niejasno odczuwana, a płacz zaczyna kojarzyć się z określonym rezultatem, negatywnym lub pozytywnym.

Rodzące się poczucie czasu w małym jednak stopniu łagodzi długie godziny oczekiwania. Brak uprzednich doświadczeń sprawia, że niemowlęciu, które czegoś pragnie, czas wydaje się nieznośnie długi.
Nawet po jego dłuższym upływie, kiedy dziecko ma już pięć lat, obietnica, że dostanie rowerek „na Gwiazdkę”, złożona w sierpniu, równa się właściwie brakowi jakiejkolwiek obietnicy. Dziecko w wieku dziesięciu lat dzięki swym doświadczeniom ma już pewne wyczucie czasu. Jest w stanie z mniejszą lub większą przykrością poczekać jeden dzień na pewnie rzeczy, tydzień na inne, a miesiąc na coś specjalnego, lecz rok jest wciąż niewyobrażalny, gdy idzie o zaspokojenie zachcianki, zaś bieżąca rzeczywistość zawiera w sobie coś z absolutu, który dopiero po bardzo wielu doświadczeniach ustępuje przed poczuciem względnej natury rzeczy w odniesieniu do czyjejś skali czasu i systemu wartości.

Dopiero w wieku czterdziestu lub pięćdziesięciu lat większość ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, co znaczy perspektywa dnia lub miesiąca w odniesieniu do całości życia, podczas gdy tylko nieliczni guru i osiemdziesięciolatkowie są w stanie ocenić stosunek zachodzący między chwilą lub całym życiem, a wiecznością, w pełni rozumiejąc niedoskonałość arbitralnie przyjętej koncepcji czasu.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium