godzina wychowawcza.png
  • promocja

Godzina wychowawcza. Rozmowy o polskiej szkole

Zbiór rozmów na temat polskiego systemu edukacji.
Cena: 15,00 zł 39,00 zł 15.00
zawiera 5% VAT, bez kosztów dostawy
ilość szt.
Zyskujesz 0 pkt [?]
Dodaj do ulubionych

Opis



Po co nam szkoła i wychowanie?



Temat nauki i wychowania nigdy nie traci aktualności: przez system edukacji przechodzą kolejne pokolenia i właśnie tam, w szkole, kształtują się przyszli obywatele. A przynajmniej tak powinno być. Tymczasem kolejne reformy i próby udoskonalenia systemu wcale nie sprawiają, że szkoły stają się lepsze. Rodzice, nauczyciele i wreszcie uczniowie mają tylko wrażenie pogłębiającego się chaosu, a niektórzy nie wahają się porównywać współczesnej szkoły do koszar czy więzienia.

Aleksandra Szyłło postanowiła zbadać, dlaczego polska edukacja od lat zmaga się z tak poważnymi problemami, oraz zapytać, jaka mogłaby i powinna być nasza szkoła. Jej rozmówcy, specjaliści od edukacji i wychowania, odpowiadają na pytania, „dlaczego jest, jak jest?” i „co zrobić, żeby było inaczej?”, ale przywołują też wspomnienia i dzielą się własnymi doświadczeniami. Mówią o tym, po co nam szkoła, a przede wszystkim – wychowanie.



W swojej pracy zawodowej odkryłam, jak ważne jest mieć rodziców jako sojuszników, jak wiele można się dowiedzieć o swoich uczniach i uniknąć wielu błędów i niepowodzeń.





Elżbieta Piotrowska-Gromniak



Rozmówcami Aleksandry Szyłło byli:



Krystyna Starczewska – urodzona w 1937 roku, polonistka, filozof, była opozycjonistka związana z KOR-em i Towarzystwem Kursów Naukowych. Współtwórczyni słynnych warszawskich szkół – społecznego liceum „Bednarska” i gimnazjum numer 20 „Raszyńska”, wieloletnia dyrektor obu placówek.

Jacek „Jac” Jakubowski: w latach osiemdziesiątych współzałożyciel ośrodka socjoterapii dla narkomanów SOS. Od ponad trzydziestu lat trener, superwizor treningu psychologicznego, wieloletni prezes Rady Trenerów przy Polskim Towarzystwie Psychologicznym. Członek amerykańskiej organizacji Ashoka (Innowatorzy dla Dobra Ogółu).

Łukasz Ługowski: polonista, pedagog, działacz „Solidarności”. W latach osiemdziesiątych jeden z założycieli pierwszego w Polsce ośrodka socjoterapii młodzieży SOS na warszawskiej Pradze. Dziś dyrektor bliźniaczego ośrodka Kąt w Aninie. Za wybitne zasługi na rzecz przemian demokratycznych w Polsce odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Jacek Strzemieczny: współzałożyciel, prezes Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej (CEO). Lider programu „Szkoła Ucząca Się” (SUS), prowadzonego od 2000 roku przez CEO i Polsko-Amerykańską Fundację Wolności. Doktor nauk pedagogicznych, trener i superwizor treningu grupowego Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. W latach 1989–1994 był dyrektorem Departamentu Kształcenia i Doskonalenia Nauczycieli w MEN.

Romuald Sadowski: sam o sobie mówi: „profesor oświaty”. Od pięćdziesięciu lat w zawodzie wychowawcy, od dwudziestu trzech lat dyrektor Schroniska dla Nieletnich i Zakładu Poprawczego w Falenicy. Ma trójkę dorosłych dzieci: Dorotę, Radosława i Marcina i wnuczka Mateusza.

Maria Mach: absolwentka filozofii na UJ. W liceum została stypendystką Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, a od początku studiów była wolontariuszką w tej organizacji. Następnie pracowała w biurze stowarzyszenia, została członkinią zarządu, a od kilku lat kieruje biurem Funduszu. Autorka wielu eksperckich tekstów na temat pracy z dziećmi wybitnie zdolnymi i współautorka poradnika dla rodziców i nauczycieli Zdolne dziecko. Pierwsza pomoc.

Elżbieta Piotrowska-Gromniak: nauczycielka historii, po odejściu z zawodu z doświadczeniami w biznesie, założycielka Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji (rodzicewedukacji.pl).Wstęp (7)

Krystyna Starczewska, Kiedy trzeba, rzucam suszką (17)

Jacek "Jac" Jakubowski, SOS: Zabrania się zabraniać (35)

Łukasz Ługowski, Kąt dla dziewic, czyli hipisów, nazioli, a także Piżamy

Jacek Strzemieczny, Noble to zespoły (75)

Romuald Sadowski, Papcio nawija smutki na uszy (95)

Maria Mach, Średnia jest dla średnich (119)

Elżbieta Piotrowska-Gromniak, Rodzicom wstęp wzbroniony (139)

Kolofon

Wstęp



Kiedy wyrzucano mnie z prestiżowego liceum imienia Batorego, dwa tygodnie przed końcem trzeciej klasy, siedziałam w gabinecie dyrektorki i czułam, że świat wali mi się na głowę. Po kilku minutach rozmowy pani dyrektor orzekła:

– Ty myślisz. Szkoda cię wyrzucać.

– To może mnie nie wyrzucajcie – uchwyciłam się ostatniej deski ratunku.

– Nie możemy cię nie wyrzucić. Rada pedagogiczna już się odbyła, decyzja zapadła. Nie ma jak jej teraz zmienić.

Czułam, że dzieje się jakiś absurd. Pierwszy raz, od kiedy zdałam do tej prestiżowej szkoły na prestiżowym czołowym miejscu na liście, miałam okazję rozmawiać z panią dyrektor. Pierwszy raz byłam u niej w gabinecie. Poznałam ją, gdy mnie wyrzucała. Niemal od razu oceniła mnie jako istotę myślącą, ale wtedy było już za późno. Szkoda, że przed decyzją rady pedagogicznej nie zapytała, dlaczego się spóźniam, nie przychodzę, nie odrabiam prac domowych, przysypiam na lekcjach, dlaczego uciekłam ze szkolnej wycieczki. Szkoda, prawda? Może wcale nie umiałabym jej wtedy odpowiedzieć na takie pytania, może bym nie chciała, nie wiem. Ale szkoda, że nie zapytała. Żeby było jasne, nie zapytała też podczas tej kilkuminutowej pierwszej i ostatniej rozmowy. Wymieniłyśmy zaledwie kilka lakonicznych zdań.

A może pań dyrektorek i panów dyrektorów nie można obciążać takimi wymaganiami? Przecież taka dyrektorka ma tysiące uczniów na głowie, nie może z każdym rozmawiać o życiu, to chyba jasne? Może więc ktoś inny by mógł?

Nie narzekam. Druga szkoła okazała się naprawdę fajna. Fajnie było w stuosobowej klasie liceum dla pracujących poznać sportowców, muzyków, filozofów, dresiary, złodziei, samotne matki, prostytutki. A także cały zastęp takich zwykłych, przestraszonych dzieciaków, które nie zdały, więc przyszły tu, żeby nadrobić dwa lata w rok. W tej szkole żaden nauczyciel nawet nie próbował ściemniać, że czegoś się nauczymy. Trzeba było mieć obecności, kilka razy przepisać coś z tablicy do zeszytu albo odwrotnie, zakuć, wyklepać i to wystarczyło, żeby ­dobrnąć po papier.

Nie narzekam. Zdaliśmy w kilka osób maturę (ach, jakimi panami świata się czuliśmy, idąc z maturą placem Konstytucji!), ukończyłam wymarzone studia, a wcześniej nawet się na nie dostałam (kilkudziesięciu kandydatów na miejsce). Może więc ze szkołą jest tak, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ogarniesz się, to sobie wywalczysz i dojdziesz tam, gdzie chcesz. Albo chociaż tam, gdzie ci się uda?

Przypominam sobie też doświadczenie znacznie wcześniejsze, które mogłoby potwierdzać tezę, że „co cię nie zabije…”. Mam dziesięć lat, w osiedlowej szkole sportowej, jako uczennica klasy 5 j (!), stoję na przerwie w kolejce do sklepiku. Zawsze na końcu. Wszyscy się przede mnie wpychają. Mimo posiadanych złotówek w garści nie jestem w stanie nigdy nic przed dzwonkiem na lekcję kupić. W końcu uczę się, że: A. Mam łokcie, B. Też potrafię powiedzieć „spierdalaj”, choć na razie cicho i piskliwie, C. „Nie jestem żadną cieplarnianą panienką” – słowa mojego Trenera.

Kiedy trzeba, rzucam suszką



Karierę pedagoga rozpoczęła pani od tego, że wyrzucono panią z pracy i pozbawiono prawa wykonywania zawodu dożywotnio.

Był sześćdziesiąty siódmy rok. Uczyłam w liceum imienia Słowackiego. Poszło o prace maturalne dwóch moich uczennic. Jedna napisała o chrześcijaństwie, cytowała papieża, oparła się na lekturach nieprzerabianych w szkole, na żywotach świętych. Druga złożyła pracę anarchistyczną, pierwsze zdanie brzmiało: „Słowo ojczyzna, czy to w ataku, czy to w zagrożeniu, zawsze cuchnie mordem”. Wykazała się znajomością literatury anarchistycznej, cytowała na przykład Kropotkina.

Obie prace były świetne, pierwszą oceniłam na piątkę, drugą na czwórkę, ale tylko z powodu błędów ortograficznych. A tu wzywa mnie dyrektor i nakazuje oblać obie uczennice. Z powodów ideologicznych. Powiedziałam, że w żadnym wypadku nie mogę tego zrobić. Całe liceum kładłam nacisk na samodzielne myślenie moich uczniów, nie mogę ich teraz za to ukarać. Straciłabym całkowicie wiarygodność. Ostatecznie dyrektor ustalił z komisją, że uczennice dostaną tróje, i kazał mi to podpisać. Odmówiłam, zostałam więc zwolniona. I ukarana dodatkowo dożywotnim zakazem wykonywania zawodu w całej PRL.

Utrzymywała pani z tymi uczennicami potem kontakt?

O, tak. Jedna z nich już nie żyje, druga jest lekarzem.

Skąd pomysł, że w latach sześćdziesiątych będzie pani jako polonistka uczyła samodzielnego myślenia i korzystania z zakazanej literatury? Nie było przesądzone, jak to się skończy?

Było nie było, ja już wtedy wiedziałam, po której stronie mam być. Sama uczyłam się wcześniej w Słowackim i we wczesnych latach pięćdziesiątych miałam nauczycielkę, która mówiła nam na lekcji otwarcie prawdę o Katyniu. To było coś! Pani Michalska, przedwojenna nauczycielka, z bardzo ciężkimi doświadczeniami wojennymi.

Jako licealistka należałam do ZMP i harcerstwa, byłam tam bardzo aktywna, przewodniczyłam, organizowałam. Pewnego dnia, to był pięćdziesiąty drugi rok, podeszli do mnie w szkole starsi działacze ZMP, kazali się zgłosić pod taki a taki adres do partii, bo mają do mnie ważną sprawę. Posłusznie przyszłam. A oni, że jestem taką prymuską, świetnie sobie radzę i w szkole, i w harcerstwie, więc chcą mi powierzyć takie ważne zadanie, na pewno doskonale się wywiążę. Mam robić dokładne notatki na lekcjach pani Michalskiej, wszystko co do słowa, co ona mówi. A potem któryś z nich będzie mnie znajdował w szkole i ja będę przekazywała te notatki. Bo słyszeli, że nasza nauczycielka przekazuje nam nieprawdę, wrogą propagandę. „Proszę pana, to donos, nie mogę tego zrobić”, mówię. On na to, że donosem to taką działalność nazywa burżuazja. A my – frontem walki w słusznej sprawie. No, chyba że ja też mam taką mentalność… Strasznie się popłakałam, powiedziałam, że nie mogę. Kazali mi podpisać papier, że nikomu nie powtórzę tej rozmowy. Podpisałam, puścili mnie. Oczywiście natychmiast powtórzyłam całą rozmowę mamie.

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium