Jean-z-dżungli_OKLADKA.jpg
  • promocja

Jean z dżungli

Poznaj biografię autorki "W głębi kontinuum" - książki, która zapoczątkowała nurt rodzicielstwa bliskości.
Wysyłka w: 3-5 dni
Cena: 34,71 zł 39,90 zł 34.71
zawiera 5% VAT, bez kosztów dostawy
ilość szt.
Zyskujesz 1 pkt [?]
Dodaj do ulubionych

Opis



Życiorys kobiety, która przypomniała światu istotę rodzicielstwa



Porywająca biografia Jean Liedloff, antropolożki i pisarki, autorki kultowej książki „W głębi kontinuum”, której obserwacje natury ludzkiej wpłynęły na miliony ludzi na całym świecie.

Jest rok 1951. Dwudziestoletnia Jean opuszcza Paryż i wyrusza do Wenezueli w poszukiwaniu diamentów. Dociera do plemion, które wciąż żyją jak w epoce kamienia łupanego. Traci zainteresowanie diamentami, bo odkrywa inny skarb: naturalną harmonię między członkami społeczności.

Biografia Liedloff to obowiązkowa lektura dla wszystkich zainteresowanych mądrym rodzicielstwem, które prowadzi do wychowania szczęśliwych dzieci.

Przeczytaj FRAGMENT KSIĄŻKI:



Kwiecień skończył ze swoimi wybrykami i poddał się majowi. Od niesamowitego doświadczenia na Polanie minęło osiem miesięcy. Jean i Francie śmigały po Central Parku wraz z ptakami i pszczołami. Para dorosłych oczu dostrzegłaby wszędzie wokół ludzki taniec godowy: pary spacerujące po ścieżkach, całujące się w cieniu kwitnących dereni, turlające się po trawie, zostawiwszy piknik na pastwę much. Dziewczynki jednak – o wciąż niskim poziomie estrogenów i sportowych stanikach niewypełnionych jeszcze biustem – nie zwracały na to uwagi.

CZYTAJ DALEJ ➡– Chodź tu! – krzyknęła Francie, w nietypowy dla siebie sposób przejmując inicjatywę. Pomachała do Jean emocjonalnym gestem, oznaczającym, że sprawa jest poważna. Trzymały się jak zwykle z daleka od głównej ścieżki i niczego konkretnego nie szukały.

– Patrz! – zawołała. Jean zrobiła cztery kroki w stronę siostry i spojrzała za jej wskazującym palcem przez polanę. Uśmiechnęła się, widząc, co przyciągnęło uwagę Francie.– To słup majowy! – wykrzyknęła.

Pień dużego drzewa po drugiej stronie polany udekorowany był splotem jasnych, kolorowych wstążek. Pewna, że siostra jeszcze nigdy nie widziała słupa majowego, Jean wyjaśniła:

– Pewnie był tu festyn z okazji pierwszego dnia maja. Wtedy ludzie tańczą wokół słupa. – Ponieważ Francie przechodziła właśnie jedną ze swoich chrześcijańskich faz, by zadowolić tatusia, Jean nie wspomniała, że taniec wokół słupa majowego to pogański rytuał. Był to jeden z minusów szczególnej więzi łączącej Francie z ojcem. Pan Liedloff był fanatykiem religijnym – w regularnych odstępach czasu (często po mocnym martini), wielki „tat” pochylał się nad Francie i groził jej potępieniem, jeśli nie będzie wielbić Pana. Niezdolna pojąć monotonnego, opresyjnego nauczania biblijnego ojca, mała Francie stała przed nim zdumiona, próbując zrozumieć ojcowego Jezusa, a w jej drżącym serduszku rodził się wstyd.

Między ojcem a córką istniał niewypowiedziany pakt, widoczny dla każdego członka rodziny, zarówno bliskiej, jak i dalekiej. Objawiał się on w tym, jak na siebie patrzyli, jak ojciec spoglądał przez Jean na wylot, jak odwracał się o 45 stopni od żony, kiedy Francie znajdowała się w pokoju. Zawsze nazywał ją „Księżniczką” i za każdym razem, kiedy Jean słyszała, jak wymawia to słowo, piekły ją uszy – tym samym lodowatym pieczeniem, które czuła pewnego grudniowego dnia, kiedy przeszła czternaście przecznic przez Central Park bez zimowej czapki.

Oczywista słabość taty do młodszej córki, sposób, w jaki stale ją rozpieszczał, sprawiały, że kiedy na tydzień czy dwa wyjeżdżał z Nowego Jorku, Francie niemal nie dawało się opanować. Po powrocie sadzał dziewczynki przy stole, brał Księżniczkę na kolana, po czym otwierał swoją skórzaną torbę i wyciągał „skarby dla swoich dziewczynek”. Pewnie kosztowało go to wiele wysiłku, by podczas tych przyjęć powitalnych traktować je tak, jakby obydwie kochał po równo. Mimo to jego względy i uczucie należały do Francie. Nic, co zrobiła Jean, nie rozświetlało jego oczu tak jak wtedy, kiedy Francie opowiadała jakąś swoją przygodę.

Niedługo później Jean dostała propozycję pracy jako modelka u Diora, ale odrzuciła ją. Nie lubiła zobowiązań, akceptowała więc tylko sporadyczne zlecenia, które ich nie wymagały. Wolała pracować jako tłumaczka, nauczywszy się bez formalnych studiów językowych płynnie mówić po francusku i hiszpańsku.

Po wielu miesiącach podróży po Europie, bywania na „odpowiednich” przyjęciach i spotykania się z „właściwymi” ludźmi wsiadła w pociąg do Wenecji. Była zdecydowana nauczyć się płynnie mówić po włosku. Znalazła tam wygodny pensjonat, gdzie mieszkała przez kilka tygodni. Właśnie wtedy znów spotkała hrabiego Enrica i dowiedziała się o jego zbliżającym się wyjeździe do dżungli.

Jean wbiegła po schodach pensjonatu i chwyciła telefon na podeście pierwszego piętra. Właściciel odebrał telefon, a ona poprosiła, by natychmiast przygotował rachunek. „E mi chiami un taxi”. Popędziła przez hol do swojego pokoju, szczęśliwa, że nigdy tak naprawdę się nie rozpakowała.

Siedząc w taksówce, miała chwilę, żeby się zastanowić. Nigdy wcześniej nie postępowała w sposób tak zdecydowany. Czuła, że czekają ją niewyobrażalne zagrożenia, ale nie chciała teraz o tym myśleć.  Tak naprawdę w ogóle nie chciała o niczym myśleć, za to zaczęła drżeć z podniecenia.

Taksówka podjechała do krawężnika przed stacją. Wręczyła kierowcy dziesięć tysięcy lirów i wyskoczyła z walizką w ręku. Powietrze przeszył dźwięk gwizdka. Rozległ się głos konduktora: „Wszyscy wsiadać!”. Nie było czasu kupować biletu. Wbiegła na stację i ruszyła prosto na peron, przeciskając się przez ciężkie drzwi dokładnie w chwili, gdy konduktor wszedł na metalowy schodek drugiego wagonu i uniósł ramię, by dać sygnał do odjazdu.

– Stać! – krzyknęła. Koła pociągu zaczęły piszczeć po szynach. Ruszyła biegiem, z walizką obijającą się o nogi. Sztywno wyprostowany konduktor zerknął w jej stronę i potrząsnął głową. Wrzasnęła: – Zatrzymać pociąg! – z autorytetem, którego tak naprawdę nie miała i myślami zmusiła konduktora, by wyciągnął rękę. Chwilę potem stała obok niego w jadącym pociągu.

Gdyby miała czas rozważyć wszystkie za i przeciw, być może przepuściłaby tę okazję. Tymczasem dopiero kiedy rozsiadła się w przedziale, zdała sobie sprawę z tego, co się właśnie stało. Jestem w drodze do prawdziwej dżungli!, pomyślała. Konsekwencje były nieobliczalne i przerażające. Spojrzała na wszystkie walizki spiętrzone wysoko w rogu i ogarnęły ją wątpliwości – ale tylko na chwilę. W końcu wykopywanie diamentów z dna rzeki głęboko w dżungli brzmiało o wiele ciekawiej niż pozowanie do zdjęć czy jakiekolwiek inne zajęcie, jakie mogła sobie wyobrazić.

Kiedy tylko wymawiała słowo dżungla, czy to w myślach, czy na głos, jej świadomość zalewało to poczucie pełni, którego doświadczyła jako dziecko w lasach Maine. Wciąż odczuwała je w każdej części ciała. Wydawało się, że nawet tlenu w powietrzu jest więcej. Wszelkie wątpliwości dotyczące wyjazdu z Enrikiem wyleciały przez zakurzone okienko pociągu.

***

Godzinę przed rozpoczęciem przyjęcia kanał prowadzący do pałacu zapełnił się gęsto łodziami i gondolami gości ze wszystkich stron świata, podpływającymi wzdłuż Canal Grande. Słynny kolekcjoner sztuki, Arturo Lopez-Willshaw, przebrany za cesarza Chin, podpłynął do pałacu w chińskiej dżonce. W otoczeniu świty mandarynów wraz z żoną został wniesiony na przyjęcie w lektyce. Barbara Hutton, dziedziczka Woolworth, pojawiła się przebrana za Mozarta. Księżniczka Radziwiłł zeszła na ląd wsparta na ramieniu Agi Chana, przebrana za wschodnią magnatkę. Jacques Fath podpłynął kanałem, stojąc w swej gondoli przebrany za króla słońce, Ludwika XIV. Jego kostium był tak sztywny, tak ciasno dopasowany, tak obciążony haftowanymi zdobieniami, że nie mógł usiąść. Christian Dior pojawił się w towarzystwie karnawałowych olbrzymów, miał na sobie kostium stworzony przez Salvadora Dalego. Pół godziny później pojawił się sam Dalí w kostiumie zaprojektowanym przez Diora. Ponad trzydzieścioro gości miało na sobie stroje autorstwa nowej postaci świata elitarnej mody: Pierre’a Cardina.

Na kanale roiło się od nienagannie ubranych dam i dżentelmenów, gotowych na noc niepohamowanej zabawy. Tłumy wiwatowały głośno na widok wspaniałych kostiumów, klasycznych nakryć głowy, wyszukanych peruk i ogromnych sukni z krynoliną. Dziennikarze płacili właścicielom sąsiednich budynków nawet 80 tysięcy lirów, by móc fotografować przedstawienie z okien pierwszego i drugiego piętra.

Goście wysiadali, kłaniając się sobie nawzajem. Na schodach prowadzących do pałacu stali rzędami lokaje w liberiach z czasów przyjęcia księżnej Richmond w przeddzień Waterloo. Dźwięki orkiestry na żywo unosiły się w powietrzu, towarzysząc gościom wchodzącym po schodach. [vc_column width="1/3"][vc_column width="1/3"][vc_column width="1/3"]

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium